Nie, to było co innego. Grupa pięciu była dlatego, że razem pracowaliśmy. Keramos powstał na podobnej zasadzie, ale tworzące go osoby nie były ze sobą bezpośrednio powiązane. Po zakończeniu współpracy z fabryką fajansu zostaliśmy bez pracowni. W podobnej sytuacji było wielu ceramików. Keramos powstał, później w 1974 roku. Początkowo była to grupa twórcza przy Związku Polskich Artystów Plastyków, a na początku lat 90. przekształciła się w stowarzyszenie. Keramos zakładał Henryk Gaczyński, Maria Wolska-Berezoska, Wanda Menteuffel, Miron Grześkiewicz, Jerzy Krawczyk, Jadwiga Adamczewska - Miklaszewska, Zofia Czerwosz i ja. Każdy mógł być jego członkiem. Początkowo zrzeszaliśmy rzeźbiarzy, z czasem dołączyli graficy i malarze. Nie byliśmy, ani też nie jesteśmy stowarzyszeniem nastawionym wyłącznie na absolwentów ASP. Przeważnie razem pracowaliśmy, jeździliśmy, wystawialiśmy. Keramos miał bardzo dużo wystaw zbiorowych. Co roku była przynajmniej jedna. Braliśmy udział w wystawach mieszanych nie tylko Keramosu. Skupiamy artystów kilku pokoleń, a jego członkami są twórcy z kilku krajów (m.in. z Litwy, Białorusi, Ukrainy, Niemiec i Armenii).
Czym zajmuje się Pani obecnie?
Obecnie oczy mi nie bardzo pozwalają pracować, bo źle widzę. Robię rzeźby w glinie, które potem są wypalane. Wypala się je dopiero po bardzo dokładnym wysuszeniu, bo inaczej pękają. Potem się je maluje, oczywiście można malować wcześniej specjalnymi farbami, ale musi być to wszystko bardzo dobrze wysuszone. W ceramice można wykorzystać zarówno naturalne barwniki glinek, jak i możliwości barwne szkliw. Taka praca przed wypaleniem jest szalenie krucha, więc trudno ją przewieźć. Kiedyś wypalaniem ich zajmowałam się sama. Teraz zajmuje się tym moja córka. Lepię zwierzęta, dziwne stwory, anioły. Czasami najpierw powstaje mały projekt w głowie, bądź rysunku, czasami lepię od razu. Nie wiem nawet dlaczego teraz najbliższa jest mi rzeźba, zainteresowałam się nią późno. Bardzo dużo powstało rzeźb, które stoją obecnie na zewnątrz, były robione właśnie z myślą o ogrodzie. Największą jest klęczący anioł, który stoi przy drzwiach frontowych. Czasami po prostu rzeźbię coś, bez wybranego miejsca, a czasami jest to dzieło przeznaczone w konkretny zakątek mojego ogrodu. W ogóle ogród jest dla mnie czymś bardzo ważnym. Kontakt z przyrodą jest dla mnie szalenie istotny. Dlatego w niektórych moich pracach funkcjonują elementy naturalne, np. w Brzegu morza zatopione są muszelki.
Wanda Rudzińska w "Malarstwie polskim między wojnami 1918-1939" napisała, że Marta Podoska-Koch to artystka, której zakres zainteresowań jest bardzo szeroki - malarstwo sztalugowe, ścienne (fresk, sgrafitto), mozaika, malarstwo na szkle, grafika użytkowa, ceramika artystyczna. W okresie powojennym poświęciła się w znacznej mierze sztuce użytkowej i to w różnoraki sposób. Czy jest Pani zatem w zadowolona ze swojej drogi artystycznej?
Rzeczywiście zajmowałam się chyba wszystkim czym można. Prawdopodobnie nie ma już niczego, czego nie wypróbowałam, a czym chciałabym się jeszcze zająć. Najbardziej podobało mi się malarstwo ścienne, która ma wiele rozgałęzień. Jest to dla artysty ogromne pole do wypowiedzenia się. Mimo całej gamy stosowanych przeze mnie środków byłam, jestem i będę malarką.
Dziękuję bardzo za rozmowę.