ŻYCIORYS     OBRAZY     ILUSTRACJE KSIĄŻKOWE     MOZAIKI     CERAMIKA     WYSTAWY     PUBLIKACJE     NAGRODY     ZDJĘCIA     BIBLIOGRAFIA     WYWIAD    


WYWIAD


Przedruk za ARTIFEX nr 4/2002

OD GRUPY CZWARTEJ
DO KERAMOSU
Z MARTĄ PODOSKĄ-KOCH ROZMAWIAŁA
MAGDALENA LATAWIEC






Pani Marta Podoska-Koch zgodziła się opowiedzieć o swojej twórczości. Przybliżyła nie tylko swoją działalność artystyczną, ale także sylwetki postaci z nią związanych: Tadeusza Pruszkowskiego, Marii Wolskiej - Berezowskiej, Wandy Manteuffel, Henryka Gaczyńskiego, Marii Gralewskiej i wielu innych.

Urodziła się Pani i mieszkała na Ukrainie, dlaczego przyjechała Pani do Warszawy?

Cała moja rodzina ze strony ojca jak i matki pochodziła z Ukrainy, ale wszyscy byli Polakami. Wywodzili się z dawno osiadłych na tamtych terenach polskich rodzin. Mieszkali na wsi, mieli majątki w okolicy Kijowa. Wielka swoboda, ogromne przestrzenie i nieskrępowany kontakt z naturą wraz z tradycją szlacheckiego dworu miały decydujący wpływ na ukształtowanie mojej osobowości. Mój ojciec był inżynierem. Z racji swojego zawodu pracował za granicą w Szwajcarii. Później dostał etat na Politechnice Warszawskiej, gdzie był profesorem - całą rodziną przenieśliśmy się tutaj w 1918 roku. Mieszkaliśmy przy Marszałkowskiej 21. Miałam wówczas 13 lat i nikt mnie nie pytał czy tego chcę. Było to po wojnie, której jako takiej nie odczuwałam. Tam gdzie mieszkaliśmy przed przeprowadzką - na wsi, głębokiej Ukrainie dochodziły do nas jedynie odgłosy bitwy. Nie braliśmy wówczas czynnego udziału w walkach. Po przeprowadzce do stolicy mój brat, wtedy 15-letni, przychodził na lekcje z szablą przytroczoną do pasa. Robiła tak większość uczniów ostatniej klasy. Pamiętam, że profesorowie bali się chodzić do nich na lekcje. Ja skończyłam gimnazjum Królowej Jadwigi, które było przy pl. Trzech Krzyży.

Dlaczego postanowiła Pani studiować na Akademii Sztuk Pięknych? Jak wówczas się studiowało?

Zawsze, od małego dziecka, rysowałam i malowałam. Od kiedy pamiętam sztuka mnie pociągała. Zatem od wczesnych lat wiedziałam, że chcę iść tą drogą. Wybrałam akademię w Warszawie, bo moja rodzina tutaj mieszkała. Poza tym nie bardzo nas było stać na wysłanie mnie na studia zagraniczne.

Z akademii szczególnie ciepło wspominam profesora Leonarda Pękalskiego, od malarstwa ściennego, oraz obu panów Kotarbińskich, a także profesora Jastrzębowskiego od sztuki użytkowej. Ceniłam moich mistrzów, a zwłaszcza Pruszkowskiego. Jego pozycja na Akademii była bardzo mocna. Zresztą był wówczas szalenie modny, prawdopodobnie ze względu na swój indywidualizm. Mimo wszystko miał tradycyjne podejście do malarstwa. Był wielkim zwolennikiem płócien mistrzów holenderskich, co przekazywał nam. Mnie nigdy nie ciągnęło do awangardy. Może trochę jej przeniknęło do mnie z pracowni malarstwa ściennego. Jej zwolennikiem był bowiem profesor Pękalski, prowadzący tę pracownię.

Zajęcia z Pruszkowskim polegały na malowaniu. Całe rano malowaliśmy np. z modela. Zostawiał nam dużo swobody, ale równocześnie wywierał ogromny wpływ. Nie narzucał nigdy niczego, ale zawsze czuło się jego ideę. Cenił własną inicjatywę u studentów. Właściwie nikt nie chciał się odcinać od profesora, to samo życie nas odrywało. Kiedy rozpoczynało się samodzielną działalność następowało to samoczynnie. Wtedy te oddziaływania się rozluźniały. Poza samym Pruszkowskim wpływ miał na mnie mój mąż Władek Koch - razem studiowaliśmy na Akademii i malowaliśmy. Wspólnie przygotowaliśmy m. in. projekt dekoracji ściennej baru na Dworcu Głównym za co otrzymaliśmy nagrodę w 1938 roku. Wyjeżdżaliśmy latem na plenery do Kazimierza nad Wisłą. Poza malarstwem były tam rozmaite zebrania, dyskusje o sztuce, ogniska. Kazimierz był wtedy modny. Jest to miejsce niesamowicie malarskie i dlatego tam jeździliśmy. Zresztą do dzisiaj trafia tam wielu plastyków. W miejscowym muzeum znajduje się zbiór naszych płócien z tego okresu. Dodatkowo jeździliśmy też do Ochotnicy w Gorcach, ale już indywidualnie. Tam udawało się wielu uczniów Pruszkowskiego m.in. Władek Koch oraz Henio Jaworski.


Jak doszło do założenia Grupy Czwartej? Czym ona była?

Grupa Czwarta to byli uczniowie profesora Pruszkowskiego. Grupy tworzyły się z tych, którzy w danym roku kończyli akademię. Były to: Bractwo św. Łukasza powstałe w 1925 roku, Szkoła Warszawska z 1929 r., Loża Wolnomalarska założona w 1932 r., która zmieniła trzy lata później nazwę na Loża Malarska, oraz w 1936 roku Grupa Czwarta. Czwarta dlatego, że była taka w kolejności powstawania. Wszyscy jednakże byliśmy z jednej pracowni, więc jakieś kontakty między nami były. Nie było podziału. Pracowaliśmy wspólnie. Wszystkie grupy na pewno były pod wpływem Pruszkowskiego, ale on nie inicjował ich powstawania. Działo się to samoistnie. Grupa Czwarta trwała jakiś czas, może parę lat, a później się rozeszła. Po wojnie kontaktów już miedzy nami właściwie nie było. Zawierucha rozproszyła wielu z nas po świecie, wielu tak jak mój mąż, zginęło podczas walk powstańczych. Większość naszych kolegów- żydów zginęła w obozach lub w gettach.

Miała Pani wystawę w salonie Koterby - czy to była Pani pierwsza indywidualna wystawa?

Koterba miał na ulicy Kredytowej taki salon wystawowy i sprzedażny. Miał sporo kontaktów z uczniami Pruszkowskiego. Wielu chciało mieć coś wspólnego z salonem, chciało w nim wystawiać. Także sprzedawać, jeżeli się udało, co było rzadkością. Wtedy malowałam właściwie wszystkiego po trochu - pejzaży, portretów. Zawsze jednak lubiłam pejzaż, nie wiem dlaczego, po prostu był mi bliższy. Nigdy nie interesowało mnie malowanie portretów jako takich. Na wystawie w salonie Koterby znajdowały się moje pejzaże znad Adriatyku. Były one owocem moich kilkakrotnych pobytów w Jugosławii. To była moja pierwsza indywidualna wystawa. Można więc powiedzieć, że miałam szczęście, iż udało mi się tam właśnie wystawić.

Brała Pani udział w wielu wystawach krajowych i międzynarodowych. Czy któraś była dla Pani szczególna?

Wystawiałam na bardzo wielu wystawach zbiorowych. Ale żadnej specjalnej nie było. Pamiętam wystawy w 1937 r. IX Salon Malarski IPS, Międzynarodowa Wystawa Plastyczna w Sztokholmie, Międzynarodowa Wystawa Plastyczna w Paryżu, Les femmes artistes d`Europe także w Paryżu. W latach 60 - tych trzy międzynarodowe wystawy ceramiki we Włoszech w Faenzie. Tam też w muzeum znajdują się moje prace.

Były też organizowane wystawy objazdowe, wtedy jeździłam jako komisarz wystawy razem z eksponatami. To była bardzo cenna idea wystawiennicza. Nasze realizacje mogli obejrzeć wszyscy zainteresowani - sztuka wychodziła naprzeciw odbiorcy. Taką wystawą była zorganizowana w latach 1964-65 objazdowa wystawa ceramiki, szkła i tkaniny. Wystawiano w Pradze, Bukareszcie, Budapeszcie, Belgradzie, Sofii.

Bardzo wiele Pani podróżowała, jak duży miało to wpływ na Pani twórczość?

Podróżowałam dużo; zwiedziłam Hiszpanię, Anglię, Francję, Afrykę. Były to wyjazdy indywidualne, które właściwie nie oddziałały znacząco na moją twórczość. Wpływów jako takich było bardzo dużo i krzyżowały się one wszystkie razem. Widziałam wiele i to tasowało się później w mojej głowie. Efekt był w twórczości. Oczywiście podczas podróży tworzyłam, powstawały wówczas liczne pejzaże.

Była Pani członkiem wielu organizacji m. in. Sekcji Plastyki Międzynarodowej Federacji Kobiet Pracujących Zawodowo, czym się ona zajmowała?

A tak. Była to właśnie organizacja dosłownie taka jak jej nazwa. Właściwie chodziło mi o kobiety malarki. To taka luźna grupa i niestety nie funkcjonowała zbyt długo. Nie istniała tak, jak powinna była.

Współpracowała Pani z fabryką fajansu we Włocławku, czy decydowała Pani o poziomie artystycznym wyrobów?

Nie. Do Włocławka jeździliśmy do fabryki fajansu, żeby uczyć się ceramiki. To nie była żadna oficjalna grupa. Po prostu razem pracowaliśmy. Wyjazdy nasze zaczęły się na początku lat 50-tych z inicjatywy Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. To było moje pierwsze zetknięcie się z ceramiką.

Zajmowała się Pani malarstwem sztalugowym, ściennym, mozaiką, malarstwem na szkle, ilustrowaniem książek, co było najtrudniejsze? Co z tego przynosiło najwięcej satysfakcji?

To bardzo trudno powiedzieć. Bo to, co w danej chwili mnie interesowało, to robiłam, a później dane zainteresowanie szło na bok, a przychodziło następne. Malarstwo sztalugowe uprawiałam stosunkowo mało. Raczej więcej czasu poświęcałam na sztukę użytkową.

Kiedy i dlaczego zajęła się Pani malarstwem na szkle? Skąd pomysł na twórczość sakralną?

Malowanie na szkle zainteresowało mnie podczas moich pobytów w górach. Było tam mnóstwo twórczości ludowej. Stąd malowanie na szkle. Twórczość sakralna wyszła sama z siebie. Tak się po prostu złożyło. Namalowałam sporo takich obrazków. W czasie stanu wojennego powstała Droga Krzyżowa, pokazana na wystawie Obecność w 1985 roku w kościele Miłosierdzia Bożego na ulicy Żytniej w Warszawie. Obecnie zdobi ona moją pracownię.

Zajmowała się Pani dekoracją ścienną kościołów i zabytkowych wnętrz, czy jest to bardzo odpowiedzialne zajęcie?

Ponieważ kończyłam ścienne malarstwo, było to dla mnie szalenie interesujące. Zdobiłam wnętrza kaplic kościelnych w Staniszynie i Nieborowie. Mozaika mojego autorstwa, nie wiem czy jest tam nadal, znajdowała się w prezbiterium kościoła w Lubaniu. Inna, już nie istniejąca, była w bocznej kaplicy katedry w Włocławku.

Nie miałam żadnych bezpośrednich wzorców. Ani też kanonu, z którego korzystałam. Uwzględniałam ideę proboszcza, bądź jakiegoś opiekuna świątyni. Malując zazwyczaj miałam to szczęście, że ksiądz był przychylny mojej wizji. Chociaż z proboszczami bywało rozmaicie. Niektórzy próbowali silnie ingerować, ale my staraliśmy się do tego nie dopuścić. Jedyne przeszkody, jakie występowały, to tzw. “złośliwość przedmiotów martwych". Pamiętam, że gdy malowałam z kolegą Grześkiewiczem nagle zaczęło się pod nami chwiać rusztowanie, a byliśmy na wysokości więcej niż jednego piętra, ok. 10 metrów nad ziemią. Na całe szczęście była niedaleko wnęka, na którą przeskoczyliśmy, a zaraz potem rusztowanie poleciało na dół. Później musiano nam podstawiać drabiny, żebyśmy zeszli.

W ogóle fresk to bardzo przyjemna sprawa, kiedy widzi się przed sobą pustą ścianę, którą można pokryć tym, co funkcjonuje w wyobraźni. Oczywiście, poza umiejętnością samego malowania, ważna jest umiejętność przygotowania podłoża, czyli odpowiednio przystosowany tynk.

Niestety nie wiem, czy któraś z moich realizacji jest obecnie zachowana. Poza wnętrzami sakralnymi malowałam holl i salon (pokój rodziców) Chopina w zamku Ostrogskich w Warszawie. W Płocku, w domu turysty razem z Wandą Manteuffel zrobiłam mozaikę - plan tego miasta.

Jak to się stało, że ilustrowała Pani książki dla dzieci?

Tym zajęłam się już po wojnie. To była współpraca z różnymi wydawnictwami, np. Naszą Księgarnią, czy Wydawnictwami Szkolnymi. Dekorowałam pisma dla dzieci takie jak "Iskierki". Ponadto moje ilustracje towarzyszą bajkom Ewy Szelburg-Zarębiny - "Niedzieli" i "Różowym Szybkom". Bardzo lubiłam zajmować się grafiką użytkową. Autor takiej bajki umawiał się ze mną na konkretną ilość obrazków, ale ich charakter pozostawiał mnie tzn. nie narzucał do jakiego fragmentu owa ilustracja ma pasować. To była moja decyzja. Taka grafika jest inna niż malarstwo, np. ścienne, czy olejne, trzeba się do tego przyzwyczaić, nauczyć. Musi byś w zupełnie innym formacie, zmieścić w ramach utworu, Człowiek jest wtedy bardziej skrępowany.

Zbigniew Florczak w "Ekspresie Wieczornym" w 1979 roku napisał: Pani Koch jest właściwie rzeźbiarką, dla której rozkład naczynia bywa co najmniej pretekstem. Glinek i kolorowych szkliw używa do celów rzeźbiarskich, a nawet malarskich. Te prace wyszły z ogromnej tradycji ceramiki zdobniczej, ale użytecznej. Kim czuje się Pani, bardziej rzeźbiarką czy malarką?

Jestem malarką. Wyraźnie byłam bardziej malarką. Rzeźbiarstwem zajęłam się dużo później. W pewnym momencie porzuciłam malarstwo na rzecz ceramiki. Dla mnie malarstwo jest bardziej oderwane od życia, a ceramika jest tak bardziej namacalna. Malarstwo jest mało związane jest z życiem, a ceramika jest bardziej załączona z tym co się dzieje. Malarstwo, szczególnie obecnie, jest mało związane ze światem materialnym, a ceramika zawsze jest związana z naszym funkcjonowaniem. Zajęłam się ceramiką, bo miałam dostęp do fabryki ceramiki we Włocławku i mogłam realizować tam moje pomysły. Malarstwo jest rzeczą bardziej ekskluzywną i mało potrzebną ludziom, a ceramika jest jednak zawsze niezbędna. Gdy już zajęłam się ceramiką pochłonęła mnie ona całkowicie. Wyroby ceramiczne mogą być same w sobie autonomicznym dziełem sztuki. Mogą także stanowić część wyposażenia kuchni, czy salonu. Poza tym ceramika daje możliwość wielostronnej wypowiedzi artystycznej. Działa zarówno formą przestrzenną jak kolorem i fakturą. A poza tym praca przy ceramice zawiera zawsze emocjonujący element niespodzianki.

Chciałabym jeszcze wrócić do Włocławka. Czym była i jak powstała Grupa Pięciu Ceramików?

Powstała dlatego, że jeździliśmy do jednej fabryki i tam razem pracowaliśmy. Postanowiliśmy stworzyć sobie grupę, bo to ułatwia życie. Jak ktoś czegoś potrzebował łatwiej było to uzyskać dla grupy niż dla jednego. Ponieważ razem pracowaliśmy, tym samym interesowaliśmy się, można powiedzieć, że ona powstała właściwie samoistnie. Oficjalnie właściwie nie była to jednak żadna grupa. Należeli do niej: Maria Wolska- Berezowska, Wanda Manteuffel, Henryk Gaczyński, Maria Gralewska i ja. Jeździliśmy tam parę razy w roku na minimum tydzień. Mieszkaliśmy w czymś w rodzaju hotelu prowadzonym przez zakonnice. Ta grupa funkcjonowała parę lat. Byliśmy związani z Włocławkiem dlatego, że mieliśmy tam możność tworzenia. Korzystanie z fabryki we Włocławku było dla nas bardzo dobre. Z reguły jest tak, że dyrekcja nie lubi, gdy plączą im się po zakładzie plastycy. Tutaj mieliśmy swobodę. W fabryce siedzieliśmy, kiedy nikt już nie pracował. Wtedy my nie przeszkadzaliśmy pracownikom, a oni nam.

W czasie takich wyjazdów powstawało dużo prac. Później sprzedawaliśmy je w Cepelii. Składano nam także zamówienia, przy których mieliśmy pełną swobodę w doborze tematyki. Braliśmy udział w wielu wystawach grupowych. Z czasem dyrekcja pozbyła się nas, a fabryka podupadła, ale nie wiem dlaczego. Za naszych czasów egzystowała bardzo dobrze.

Jak doszło do założenia Keramosu? Powstał z Grupy Pięciu Ceramików?

Nie, to było co innego. Grupa pięciu była dlatego, że razem pracowaliśmy. Keramos powstał na podobnej zasadzie, ale tworzące go osoby nie były ze sobą bezpośrednio powiązane. Po zakończeniu współpracy z fabryką fajansu zostaliśmy bez pracowni. W podobnej sytuacji było wielu ceramików. Keramos powstał, później w 1974 roku. Początkowo była to grupa twórcza przy Związku Polskich Artystów Plastyków, a na początku lat 90. przekształciła się w stowarzyszenie. Keramos zakładał Henryk Gaczyński, Maria Wolska-Berezoska, Wanda Menteuffel, Miron Grześkiewicz, Jerzy Krawczyk, Jadwiga Adamczewska - Miklaszewska, Zofia Czerwosz i ja. Każdy mógł być jego członkiem. Początkowo zrzeszaliśmy rzeźbiarzy, z czasem dołączyli graficy i malarze. Nie byliśmy, ani też nie jesteśmy stowarzyszeniem nastawionym wyłącznie na absolwentów ASP. Przeważnie razem pracowaliśmy, jeździliśmy, wystawialiśmy. Keramos miał bardzo dużo wystaw zbiorowych. Co roku była przynajmniej jedna. Braliśmy udział w wystawach mieszanych nie tylko Keramosu. Skupiamy artystów kilku pokoleń, a jego członkami są twórcy z kilku krajów (m.in. z Litwy, Białorusi, Ukrainy, Niemiec i Armenii).

Czym zajmuje się Pani obecnie?

Obecnie oczy mi nie bardzo pozwalają pracować, bo źle widzę. Robię rzeźby w glinie, które potem są wypalane. Wypala się je dopiero po bardzo dokładnym wysuszeniu, bo inaczej pękają. Potem się je maluje, oczywiście można malować wcześniej specjalnymi farbami, ale musi być to wszystko bardzo dobrze wysuszone. W ceramice można wykorzystać zarówno naturalne barwniki glinek, jak i możliwości barwne szkliw. Taka praca przed wypaleniem jest szalenie krucha, więc trudno ją przewieźć. Kiedyś wypalaniem ich zajmowałam się sama. Teraz zajmuje się tym moja córka. Lepię zwierzęta, dziwne stwory, anioły. Czasami najpierw powstaje mały projekt w głowie, bądź rysunku, czasami lepię od razu. Nie wiem nawet dlaczego teraz najbliższa jest mi rzeźba, zainteresowałam się nią późno. Bardzo dużo powstało rzeźb, które stoją obecnie na zewnątrz, były robione właśnie z myślą o ogrodzie. Największą jest klęczący anioł, który stoi przy drzwiach frontowych. Czasami po prostu rzeźbię coś, bez wybranego miejsca, a czasami jest to dzieło przeznaczone w konkretny zakątek mojego ogrodu. W ogóle ogród jest dla mnie czymś bardzo ważnym. Kontakt z przyrodą jest dla mnie szalenie istotny. Dlatego w niektórych moich pracach funkcjonują elementy naturalne, np. w Brzegu morza zatopione są muszelki.

Wanda Rudzińska w "Malarstwie polskim między wojnami 1918-1939" napisała, że Marta Podoska-Koch to artystka, której zakres zainteresowań jest bardzo szeroki - malarstwo sztalugowe, ścienne (fresk, sgrafitto), mozaika, malarstwo na szkle, grafika użytkowa, ceramika artystyczna. W okresie powojennym poświęciła się w znacznej mierze sztuce użytkowej i to w różnoraki sposób. Czy jest Pani zatem w zadowolona ze swojej drogi artystycznej?

Rzeczywiście zajmowałam się chyba wszystkim czym można. Prawdopodobnie nie ma już niczego, czego nie wypróbowałam, a czym chciałabym się jeszcze zająć. Najbardziej podobało mi się malarstwo ścienne, która ma wiele rozgałęzień. Jest to dla artysty ogromne pole do wypowiedzenia się. Mimo całej gamy stosowanych przeze mnie środków byłam, jestem i będę malarką.

Dziękuję bardzo za rozmowę.